Jest taki wieczór, gdy próbuje się ukryć. Nie wiem co mam robić, leże oglądając strony w internecie, słuchając czegoś i nic wielkiego, ani nic małego mnie nie interesuje. Lenistwo, depresja, cukrzyca albo tarczyca, hm każdy powód jest dobry. Ostatnio tylko chowam się za powodami, a tak naprawdę mnie nie ma. Jest powód, dla którego przyszłam, powód dla którego pije, są powody rozmaite, całkiem nie znaczące, które wystarczają mi by schować swe zwątpienia i bóle.
Ostatni post bardzo brutalnie przerwała mi śmierć. Kpiłam z tego, że nic mnie nie zaskoczy, i zaskoczyła. Wyszła z jeziora i utopiła. Dużo pozmieniała, bezczelnie weszła do naszego bydgoskiego mieszkania, a wraz z nią stypowicze, którzy wyjedli wszystko z lodówki i zajęli każdy centymetr podłogi.
Potem było tylko gorzej, przerażająca sesja i zobojętniały współlokator. Ale jakoś przeżyłam, podjęłam kilka decyzji, które wywrócą mój świat do góry nogami. Wyskakałam się na openerze i spaliłam się kilka razy z chłopakami. Niby nic wielkiego, ale czuje się inaczej. Powietrze nabrało nowego zapachu i znów czuć wiatr od morza. Adam wrócił znów do mojego życia, choć wrócił to za dużo powiedziane. Czuje, że nasz specyficzny układ jeszcze mnie zniszczy.
Bluza w czarno-białe pasy miała taki piękny zapach, zapach czegoś co utraciłam, a lampion zabrał ze sobą moje życzenie by kogoś mieć.
Magiczne jezioro, z którego śmierć wychodzi zawsze po południu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz